O gotowaniu jako medytacji
– dla ZwalczNude.pl opowiada dziennikarka kulinarna Monika Kucia

Lubisz gotować?

Tak, jestem od tego uzależniona. Ja nie lubię gotować, ja muszę to robić! Moja rodzina ma różne wymagania smakowo-dietetyczne i zdarza mi się jednego dnia przygotować nawet 12 dań! Jest to dla mnie rodzaj transu, który można przyrównać do medytacji. Gotowanie ma dla mnie wartość terapeutyczną i kojącą, a poza tym ja lubię karmić, bardzo. U nas w domu zawsze jest sporo jedzenia, tak na wszelki wypadek... Przecież zawsze może wpaść ktoś głodny (śmiech). 



Dlaczego zdecydowałaś się na dziennikarstwo?

Już w wieku 6 lat postanowiłam, że będę pisać. Na początku marzyłam o karierze pisarki (i o Noblu!), dziennikarstwo mnie nie pociągało. Zdecydował za mnie los. W połowie lat 90. z moim ówczesnym narzeczonym urządzaliśmy kolacje dla znajomych. Na jednym z takich wieczorów kolega, który był redaktorem naczelnym „City Magazine” zaproponował, żebym napisała recenzję kulinarną warszawskich restauracji. I tak się zaczęło. Na początku było to zajęcie dodatkowe, bo w tamtych czasach nikt nie słyszał o kimś takim, jak dziennikarz kulinarny. Najatrakcyjniejsze w tej pracy były wyjazdy. Jedziesz, jesz, poznajesz nowych ludzi i potem to opisujesz. Jak dla mnie bajka. 



Co byś poradziła ludziom, którzy chcą pisać o kulinariach?

Myślałam nawet o zorganizowaniu kursów zajmujących się tą tematyką, bo obecnie każdemu wydaje się, że może to robić. Jest to dziedzina, w której uznanie się za eksperta przychodzi bardzo łatwo, a nie jest to takie proste. Wynika to stąd, że nie wszyscy chodzimy do opery czy oglądamy kino irańskie, natomiast wszyscy jemy. Najlepszym tego przykładem jest portal kulinarnik.pl, z którym jestem związana. Zawód krytyka kulinarnego wymaga wielu podróży, daru nie tylko pióra ale i smaku, takiej umiejętności poznania tego, co jest dobre, a co złe. Bardzo ważną rzeczą jest tworzenie sobie benchmarków, czyli punktów odniesienia. Bardzo trudno jest pisać o kawiorze, jeśli się nie jadło tego najlepszego na świecie. Albo o wołowinie, jeśli nie jadło się Kobe. 



Co jest najważniejsze, gdy zaczynamy pisać?

Niezadzieranie nosa i pokora. To jest zawód, który wymaga ciągłej nauki, ale w zamian sprawia, że stale się rozwijamy. Otwartą pozostaje kwestia czy dziennikarz kulinarny musi gotować. Jeśli mnie ktoś pyta, czym się zajmuję, to odpowiadam, że jedzeniem. Warto wyjeżdżać i na pewno próbować jedzenia z różnej półki: i tego ulicznego i ekskluzywnego, bo to właśnie kształtuje smak, sprawia, że później jesteśmy w stanie wyczuć czy ktoś dodaje kostki rosołowej do zupy, czy nie. 



Często otrzymujesz zaproszenia do restauracji?

Tak, nie mogę jednak ze wszystkich korzystać – mam rodzinę. Do restauracji często chodzę incognito, bo tylko wtedy tak naprawdę można sprawdzić jakość podawanych dań. 



Jeśli już jesteśmy przy temacie restauracji, to jak się zapatrujesz na zabieranie do nich dzieci?

Nie mam nic przeciwko, pod warunkiem, że potrafią się zachować. Dla moich dzieci wypad do restauracji jest niczym wyjście na spacer. Niewątpliwie jest to dla nich szansa na poszerzenie palety smakowej. Niestety w części lokali maluchy traktowane są niczym kulinarni idioci. W menu są tylko frytki z mrożonki, paluszki rybne, mrożona marchewka i makaron z mięsem. Smutno się robi na samą myśl. 



Czyli co polecasz dla dzieci?

Od niedawna, co niedzielę prowadzę warsztaty kulinarne dla maluchów. To niesamowite wyzwanie, dzieci są wspaniałymi recenzentami. Postanowiłam, że podczas tych zajęć będziemy gotować tylko zdrowe rzeczy, a nie pizze czy ciastka. Robiliśmy kotlety z fasoli, sałatkę z soczewicy, salsefię w cieście naleśnikowym i sałatkę z topinamburem, bo ja jestem zakręcona na punkcie warzyw! Szczególnie, podniecają mnie te, które w Polsce są zapomniane, na przykład skorzonera zwana zimowym szparagiem - jest pyszna! Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że taka kuchnia bardzo smakuje maluchom, a przy okazji gotowania opowiadam im skąd pochodzą warzywa, jak są uprawiane. Dzieciaki nie tylko otwierają się na nowe smaki, ale też się uczą. Pokazuję im też starą maselnicę, kręcimy ser w ręcznej maszynce do mielenia, próbują zielonej pietruszki, czosnku, sera bursztyn.



Co jest najbardziej fascynujące w zawodzie dziennikarza kulinarnego?

Odkrywanie nowych smaków i... kucharze. To fascynujący ludzie z wielką pasją.  Uwielbiam też spotkania z przedstawicielami niewielkich firm produkcyjnych i  winiarzami.



Twoje największe marzenie zawodowe?

Myślę, że to, co teraz robię jest jakimś spełnieniem marzeń... Chciałabym wydać książkę, która byłaby publicystyką kulinarną. No i żeby mój zawód traktowany był poważnie, co oznacza świadomość, że aby oceniać najpierw należy posiąść naprawdę dużą wiedzę. Mam też takie marzenie... może się spełni. Chciałabym stworzyć instytut gdzie mogliby się kształcić zarówno producenci - w tym żeby zachować pewne tradycje kulinarne, sposoby wytwarzania produktów regionalnych, jak i ludzie piszący o gastronomii oraz szefowie kuchni. To byłby taki instytut gastronomiczny, który opiekowałby się polskim dziedzictwem  kulinarnym i rozwojem naszej gastronomii. 

 

Rozmawiała,

 Gabriela Głażewska

 

Za pyszny obiad i udostępnienie lokalu, dziękujemy restauracji Kresowiak http://www.kresowiak.com.pl/

Polecamy blog Moniki Kuci: http://blog.zw.com.pl/smaki/