Jak byłam dzieckiem zawsze myślałam, że obiad definiuje się jako kawałek mięsa, ziemniaki i surówkę, z zupą jako przystawką w większości pomidorową łamaną przez rosół. No cóż moja Mama, nic jej nie ujmując, szaleństw kulinarnych się nie dopuszczała...;)
Aż pewnego dnia zmarznięta, przemoknięta, zła, głodna i zmęczona weszłam w oczekiwaniu na cud, że ten dzień może jeszcze zostać zapisany jako udany, do Le Regal francuskiej restauracji na Stokłosach. Nie bardzo akurat miałam się gdzie podziać, bo oczekiwałam na powrót współlokatorki z kluczami. Stwierdziłam, że trudno nie stołuje się w francuskich restauracjach, ale szukać nic innego mi się nie chciało.
Gdy kelner zaproponował mi krem z kasztanów pomyślałam sobie, a to Ci dopiero heca! Stwierdziłam, że pomysł jest dla mnie tak absurdalny, że nie pozostaje mi nic innego jak rzucić się dalej w worek z nieszczęściami. W oczekiwaniu na realizację mojego szaleństwa, zaczęłam się rozglądać, gdzie ja w ogóle jestem. I po chwili zrobiło mi się ciepło, przytulnie a zszargane nerwy ukoiły mi przepiękne francuskie piosenki. Miejsce wyjątkowo schludne i eleganckie - w dobrym znaczeniu tego słowa. Zaintrygował mnie rytuał wymiany obrusu, który wygląda iście filmowo. Łącznie z rozprasowywaniem nowo ułożonego białego obrusu spryskiwaczem z wodą. Ale to trzeba zobaczyć samemu. Wtedy nadszedł Pan i krem. Widok mnie rozbawił, bo kolorystycznie nie wygląda to za ciekawie... Ale zachęcona miłą atmosferą pozostawiłam sprawę do oceny moim kubkom smakowym i tu szaleństwo! Czegoś tak pysznego, bardziej doskonałego na głód, przemarznięcie, jeszcze w życiu nie jadłam. W środku rozpuszczało się masełko, krem był gęsty, zawiesisty, sycący i pyszny w każdym względzie. Ciężko słowami opisać smak, ale szczerze zazdroszczę francuzom, że kasztany jedzą od dziecka, ja straciłam w moim kulinarnym życiu 24 lata nigdy nie próbując kasztanów, teraz nadrabiam zaległości! Polecam:)